Gdy dzieciom grozi chłód

Zimorodek wcale nie jest zimorodkiem. To wcale nie dowcip w rodzaju tego, że Iliady nie napisał Homer, tylko zupełnie inny człowiek o tym samym nazwisku. Bo ptak noszący nazwę zimorodka bynajmniej nie lęgnie się w zimie, ale w czasie od marca do sierpnia, a najczęściej w maju i czerwcu.
Próbowano więc dociec, skąd wzięła się owa nieuzasadniona nazwa dla tego „latającego klejnotu”, jak go czasem nazywają ze względu na bardzo kolorowe, metalicznie lśniące upierzenie. Najprawdopodobniej bezsens wynikł stąd, że w czasie zimy zimorodki najczęściej opuszczają urwisty brzeg strumienia czy rzeczki, nad którą gniazdowały w swych ziemnych norach i włócząc się po kraju zalatują na tereny, gdzie ich przedtem nigdy nie widywano. A spostrzegawczy, choć niedokładnie obserwujący ludzie zaczynali tłumaczyć sobie ich nagłe pojawienie się tym, że właśnie się narodziły. Można by pomyśleć, że wobec tego wszystko jasne: przecież w zimie w naszym klimacie żadne zwierzę nie może się rozmnażać bez narażenia swych noworodków na niechybną śmierć z mrozu, lodowatej wilgoci topniejącego śniegu, czy wreszcie z braku pokarmu.
A jednak to nieprawda. Mimo że istotnie ogromna większość gatunków mnoży się w ciepłych porach roku, a w każdym razie tak, aby młode po dojściu do jakiej takiej samodzielności miały już wszelkie szanse dać sobie radę – mimo to jednak zimorodki istnieją naprawdę. Spośród nich, z powodu rozmiarów i strachu, jaki wzbudza, na pierwszym miejscu niewątpliwie wymienić można niedźwiedzia. Jak wiadomo, żeruje on pod koniec lata tak skutecznie, że pod skórą ciuła sobie spory kapitał tłuszczu, a jesienią wynajduje zaciszne miejsce na gawrę i tu pogrąża się w stan niezbyt głębokiego sennego odrętwienia trwający mniej więcej do kwietnia.

Opieka u małp

Wyraźne przejawy wspólnej, społecznej opieki nad potomstwem widuje się u wielu małp, a także u ssaków kopytnych, gdzie w razie niebezpieczeństwa dorosłe osobniki ustawiają się na obwodzie koła, którego środek zajmują młode, ewentualnie razem z samicami. Nawet wielkie drapieżniki wolą omijać takie najeżone rogami i bijące kopytami „fortece”. Ale oczywiście, opieka nad potomstwem to jeszcze nie wszystko w zakresie życia rodzinnego. Nie mniej ważne jak więzi między rodzicami a dziećmi są więzi między dalszymi krewnymi, a poza tym zwłaszcza między partnerami seksualnymi. W tej dziedzinie sytuacje układają się również wysoce różnorodnie: od łączenia się wyłącznie dla kopulacji (jak u wielu bezkręgowców, a także wśród kręgowców, u tych gatunków, które bądź jednostronnie sprawują opiekę nad potomstwem, bądź nie sprawują jej wcale), aż do niezmiernie silnych, raz na całe życie zadzierzgniętych więzi, które może rozerwać tylko śmierć jednego z partnerów. Między tymi skrajnościami istnieje niezmierna wielorakość form przejściowych – poligamii w sekwencji czasowej bądź nawet jednoczesnej. Liczne ptaki (gołębie, jaskółki) odbywają w ciągu ciepłego sezonu 2-3 lęgi, dobierając sobie do każdego z nich nowego partnera; krukowate i blaszkodziobe (gęsi, łabędzie, kaczki) tworzą na ogół stadła bardzo trwałe (fot. 24). Szczególną formę stanowi grupa rodzinna, rozrośnięta do niezwykłych czasem rozmiarów, niemniej trzymająca się bardzo ściśle razem i tworząca zarazem społeczność. Najbardziej znane są tu tzw. państwa, czy raczej społeczeństwa owadzie – kolonie przede wszystkim błonkówek, składające się czasem z potomstwa jednej pary rodzicielskiej bądź w każdym razie jednej samicy. Wśród ptaków bardzo silną więź rodzinną, a zarazem społeczną, którą czołowy specjalista w tej dziedzinie Konrad Lorenz nie waha się nazywać miłością – napotyka się u gęsi w stadkach złożonych z rodziców i gromadki młodych, powiązanych rytuałem wspólnego tzw. krzyku triumfalnego, do którego bardzo trudno się przyłączyć komukolwiek z poza rodzinnego klanu.

Przedłużone życie płodowe

Przykłady z kategorii drugiej, to znaczy obejmującej gatunki, w których potomstwem opiekują się oboje rodzice, są nietrudne do zacytowania: należy tu bardzo wiele ptaków, wśród których funkcje wychowu lęgu bywają bądź zupełnie jednakowo podzielone między rodziców (większość drobnych gniazdowni- ków), bądź też istnieje podział funkcji, jak np. u drapieżników, gdzie ojciec przynosi do gniazda zdobycz, natomiast matka rozrywa ją na części i podaje młodym. Jeśli jednego z rodziców zabraknie – pisklęta mogą zginąć z głodu wskutek niewyrówny- walnego „wypadnięcia ogniwa” w łańcuchu zaopatrzenia. Wśród ssaków istnieją różnego rodzaju układy rodzinne: u drapieżników początkowo, póki młode ssą, poluje wyłącznie ojciec przynosząc jedzenie samicy; później zaczyna polować i ona. U gatunków z rodziny psów rodzice przynoszą szczeniętom szybko pochłonięte mięso we własnym żołądku. Młode wspinają się przednimi łapami na szyję i barki matki bądź ojca wywołując u nich trącaniem nosami w kąt pyska odruchy wymiotne i wyrzucenie przyniesionego dla nich pokarmu. Podział funkcji między rodzicami zaznacza się w rodzinach tzw. haremowych, gdzie samice troszczą się o wyżywienie i pielęgnację małych, natomiast samiec dba o bezpieczeństwo całej rodziny, dozorując terytorium i broniąc go przed drapieżnikami i przed rywalami z własnego gatunku. Tak bywa np. wśród płetwonogich (np. lwów morskich) czy też niektórych naczelnych (np. pawianów). W trzeciej kategorii można by wreszcie umieścić te gatunki, u których funkcje opieki nad potomstwem sprawuje, częściowo przynajmniej, większa społeczność. Tak bywa u owadów społecznych w późniejszych okresach rozwoju kolonii (np. u mrówek), ponadto u pszczół, termitów, os, trzmieli, bywa też u ptaków: np. pingwiny nieraz jednoczą się po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt par, gromadząc na jednym miejscu swe niedorosłe młode i pozostawiwszy je pod opieką kilkorga współ- rodziców, wyruszają gromadnie na połów ryb, a po powrocie napełniają bez wyboru głodne pisklęce dzioby.

Wspólna opieka nad potomstwem

Pierwsza kategoria składałaby się zatem z gatunków, u których młodym pokoleniem opiekuje się tylko jedno z rodziców – albo matka, albo ojciec, oboje rodzice natomiast nie współdziałają ze sobą albo wcale, albo jedynie wtedy, gdy młode są zupełnie małe. Samice pewnych wijów – pareczników, owijają się wokół zniesionych przez siebie jaj i strzegą ich. Niektóre pijawki (które wprawdzie, jak wiadomo, sąobojnakami, ale w tym wypadku funkcjonują w roli matki) przez dłuższy czas noszą na swej brzusznej stronie najpierw kokony z jajami, a później wylęgłe z nich pijaweczki, które według zdania niektórych badaczy, za pośrednictwem swych tylnych przyssawek czerpią z ciała matki substancje odżywcze. Opiekę nad potomstwem sprawują też niektóre jamochłony, np. polipy koralowców, które w swej jamie chłonąco-trawiącej przetrzymują przez niejaki czas larwy (planu- le), rozwinięte z wydzielonych do tejże jamy jaj. Wyłącznie macierzyńską opiekę świadczą też raki, noszące na swych odnóżach odwłokowych jaja, a później maleńkie raczki. Wśród błonkoskrzydłych samica – założycielka gniazda mrówek czy os, też najpierw sama chowa swe dzieci.

Więzi, a nie więzy rodzinne

W dawnych wiekach napisano niejedną księgę, w której sławiono moralność i zalety charakteru zwierząt, stawiając je jako zawstydzający wzór do naśladowania przez leniwych, rozwiązłych i egoistycznych ludzi. Księgi takie, zwane bestiariusza- mi, pisały osoby duchowne, których celem było umoralnianie ludzi przez ukazanie im, że w zachowaniu się nierozumnych istot dostrzec można w najczystszej formie zawsze niewątpliwie doskonałą myśl Stwórcy, która wypaczona została Jedynie przez ludzką niecnotę. Moraliści owi przedstawiali sceny zaczerpnięte jakoby z życia zwierząt, mające wskazywać jak powinni postępować ludzie. Pewne autentyczne fakty zaobserwowane u niektórych zwierząt — np. czy to troskliwe pielęgnowanie młodych, czy też monogamiczną wierność – gęsfo wzbogacano przykładami z fantazji – np. historyjką o karmieniu przez pelikana piskląt własną krwią, toczoną z rozdzieranej każdorazowo w tym celu piersi.
Uderzające jest wszakże, że autorzy bestiariuszów dyskretnie pomijali niezmiernie liczne fakty, które były im niewygodne, bo przeniesione na sytuacje międzyludzkie, mogłyby zasługiwać na potępienie. A można by przytoczyć mnóstwo takich „niegodnych naśladowania” przykładów: niedbania o dzieci ze strony jednego z rodziców bądź ich obojga, wielomęstwa i wielo- żeństwa w przeróżnych odmianach, tak zwanej zbiorowej miłości, homoseksualizmu itd. Jakiż zatem właściwie jest ów model ,, życia rodzinnego” zwierząt i czy jest on wjakimkolwiek stopniu stosowalny do życia rodzinnego ludzi?

Mrówkojad jednak nie jest pasożytem

W suchych piaszczystych okolicach w pobliżu sosnowych zadrzewień łatwo na gładkim piasku dostrzec regularne lejkowate dołki, wygrzebane przez szare pękate larwy któregoś z trzech występujących w Polsce gatunków mrówkolwów. Każda taka larwa siedzi na dnie lejka ukryta w piasku, wystawiając z niego tylko swe żuwaczki, mające postać wielkich chwytnych cęgów. Jeśli przechodząca nieostrożnie mrówka, czy jakiś inny owad, nazbyt się zbliży do krawędzi owego lejka, sypki grunt obsuwa się pod jego nogami i ofiara porwana miałką lawiną piaszczystą ląduje na dnie mimo usiłowań wydostania się na zewnątrz. Tu ulega sile kleszczy przyczajonego drapieżnika i zostaje przez niego wyssana. Kiedy larwa mrówkolwa osiąga długość około 1,5 cm, przeobraża się w poczwarkę, a następnie, później, w postać dorosłą, która ma długość 2-3 cm i wyglądem przypomina ważkę. Do bardzo groźnych szkodników, a raczej pasożytów mrówek należą liczne gatunki owadów zamieszkujących wraz z nimi mrowiskâ. Szkodliwość ich polega na tym, że pożerają zapasy żywności, a także młode pokolenie. Mrówki nie tylko tolerują szkodniki w swych gniazdach, ale nawet dbają o nie, upajając się substancjami, które one wydzielają. Największą sławę zyskał sobie sześciomilimetrowej długości chrząszcz, zwany lomechuzą albo mrówkomirką. Z gruczołów umieszczonych na odwłoku wydziela ona substancję, którą mrówki chciwie zlizują/ ulegając jej narkotycznemu działaniu. Przestają przynosić żywność do gniazda, zaniedbują pielęgnację potomstwa inne prace w mrowisku. Przy liczniejszym wystąpieniu lomechu- zy dochodzi do całkowitego rozprzężenia i wreszcie zagłady mrówczego społeczeństwa. Dopóm mrówekki jednak mrowisko jeszcze istnieje, byt owych chrząszczy jest zabezpieczony, ponieważ mrówki gorliwie pielęgnują i karmią ich larwy, choć nieraz pożerają one ich mrówcze potomstwo, I oto mamy efektowny przykład ,,na zwierzętach”, jak to zbiorowy nałóg degeneruje niszczy społeczeństwo. Ale stopień rozwoju psychiki mrówek nie pozwala im zapewne na zdanie sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa i na świadome przeciwdziałanie mu mimo wszelkich pokus. Mózg człowieka pozwala mu jednak na dokładne rozeznanie, sytuacji i destrukcyjnego wpływu pijaństwa i narkomanii na jego własny gatunek. A jednak mimo wszelakich akcji zapobiegawczych i uświadamiających – jeśli wziąć pod uwagę choćby tylko niektóre znane fakty – można dojść do przekonania, że wielu ludzi ma rozum nie większy niż mrówka.

Pasożyty społeczne

Ludzie z miasta, którzy z mrówkami stykają się co najwyżej podczas urlopowych spacerów i wycieczek, rozróżniają właściwie tylko dwa „rodzaje” tych owadów: owe „małe czerwone”, bardzo dotkliwie kąsające i owe „duże czarne”, znacznie mniej dokuczliwe. W ostatnich latach niektórzy mieszkańcy Warszawy poznali jeszcze tak zwane mrówki faraona – bardzo drobniutki afrykański gatunek, który został do nas przypadkowo zawleczony i zagnieździł się w niektórych domach, ci „dzicy lokatorzy” nie dają się zresztą w przeciętnych warunkach szczególnie we znaki: nie gryzą, nie cuchną, tyle tylko że obłażą wszystkie niedość szczelnie zamknięte produkty żywnościowe, a poza tym, co istotniejsze, mogą przenosić zarazki różnych chorób (gruźlica, wąglik, paraliż dziecięcy, gronkowce). Jak dotąd, środki mające na celu zwalczanie mrówek faraona, nie są skuteczne.
Są gatunki mrówek nie osiągających 1 mm długości, a więc mrówki faraona nie są w tym względzie ani wyjątkami, ani rekordzistkami. Wśród 6 tysięcy gatunków mrówek zamieszkujących cały świat są i takie, które osiągają 4 cm długości. W Polsce nie tylko możemy się nie obawiać takich smoków, ale nawet nadmiaru tych, do których jesteśmy w terenie przyzwyczajeni. Wprawdzie specjaliści znają w naszym kraju blisko 100 ich gatunków, ale giną one jednak stopniowo, podobnie jak wiele innych zwierząt, wskutek zatrucia środowiska, trzebienia lasów innych niszczycielskich działań człowieka. Wprawdzie burzenie dewastacja mrówczych kopców w lesie są karalne, jednak, jak się okazuje, nie są to środki wystarczające.

Grzyb niższy atakuje organizmy

Jeśli sięgnąć do ogromnej rzeszy tzw. grzybów niższych, to form pasożytujących znajdziemy tam mnóstwo, przy czym wiele z nich atakuje organizmy zwierząt i ludzi. Nazwy ich niekiedy nawet mówią same za siebie: grzyb strzygący, parch, strupień, pleśniawki… A jesienią, kiedy robi się chłodniej, pospolity staje się widok much, przylepionych do szyby i otoczonych mgiełką grzybni empuzy muszej; natomiast hodowcy delikatnych egzotycznych rybek często o tej samej porze roku znajdują na dnie akwarium zwłoki którejś ze swych podopiecznych, pokryte jakby białym puchem. To samo można zaobserwować i na ziarnach ikry, zwłaszcza w sztucznych wylęgarniach ryb. Sprawa polega na tym, że w niewłaściwych warunkach hodowli osłabione zimnem, niedostatkiem tlenu bądź nieodpowiednio żywione osobniki czy jaja łatwiej ulegają zakażeniu podobnymi do pleśni grzybami z rodzajów Saprolegnia i Achlya (por. rozdz. „Rybi dręczyciele”). A skoro zainteteresowaliśmy się tym co dzieje się w wodzie, to… Siedząc kiedyś spokojnie w samo południe nad rzeką na Ziemi Kłodzkiej, zwróciłam uwagę na jakieś zwierzę plażujące na osłonecznionym kamieniu tuż pod powierzchnią migotliwej wody. Był to rak. Wydarzenie równie niezwykłe, jak tamto spotkanie z ropuchą, opisane w jednym z poprzednich rozdziałów: od kiedyż to raki w biały dzień wyłażą na środek rzeki, zamiast aż do zmroku kryć się w swych podbrzeżnych norach? Zbliżyłam się ostrożnie, by ująć „dziwaka” palcami za tułów i, wyjąwszy zwody, obejrzeć dokładniej – ale w ostatniej chwili silnym uderzeniem odwłoka odskoczył do tyłu, znikając mi z oczu. A więc jednak był zdrowy? Niestety nie. Takie wychodzenie raków z kryjówek w środku dnia jest pierwszym objawem bardzo groźnej ich choroby, zwanej dżumą raczą. Już nazajutrz chore zwierzę stać będzie na wyprostowanych nogach, podparte odwłokiem i wśród kurczowych drgawek, z godziny na godzinę tracić siły. Niekiedy wśród tych konwulsji rakowi odpadają odnóża, osłabione w zgięciach przez pasożytujący grzyb – bo i tu przyczyną jest właśnie grzyb, choć dawniej sądzono, że bakterie. Nazywa się on Apha- nomyces astaci i w wielu okolicach Europy w tym i Polski spowodował w ciągu ostatnich stu lat całkowite wyginięcie tych sympatycznych i gospodarczo ważnych skorupiaków. Dżuma racza, której grzyb ten jest sprawcą, wybuchła około roku 1860 w Lombardii, a już w roku 1890 przekroczyła linię Wisły. Zawleczona do jakiejś rzeki, potrafi w ciągu tygodnia wyniszczyć w niej doszczętnie wszystkie raki.

Grzyby, grzybice i ginące raki

A teraz – wybrany przykład szkodliwych oddziaływań wzajemnych między roślinami a zwierzętami.
I leż to razy każdy z nas, u j rzawszy pod d rzewam i w gąszczu traw i ziół okazały brązowy kapelusz wyrośniętego grzyba, rzucał się z bijącym od emocji sercem, by uchwycić za trzonek i prawidłowo „wykręcić” go z miękkiej ziemi… a nuż to borowik? Ale cóż za rozczarowanie, przy pierwszym dotknięciu nóżka grzyba ustępuje pod palcami i łamie się, parasol przewraca się spodem do góry, a otwarty miąższ odsłania wijące się rojowisko obrzydliwych białawych „robaków”. Bo też nie tylko ludziom smakują pachnące lasem dania, ale także ogromnej masie różnych zwierząt, między innymi wielu gatunkom owadów (chrząszczy, muchówek itp.), których larwy to właśnie owe tak zwane robaki. A znów na powierzchni grzybów widuje się niekiedy głębsze i płytsze jamki, wyjedzone przez ślimaki. Słynne jest upodobanie świń do trufli, co we Francji ludzie nauczyli się nawet wykorzystywać przy zbieraniu tych przysmaków. Tresują oni mianowicie owe czworonogi jako znakomitych tropicieli trufli. Czyżby więc grzyby znalazły się w położeniu przypowia- stkowego zająca, który od wszystkich cierpiał prześladowania i przed wszystkim musiał uciekać, wobec czego z rozpaczy postanowił się utopić? Rzeczywiście analogia jest tu niewątpliwa, bo – jak się okazuje – i grzyby (oczywiście w tym szerokim, systematycznym ujęciu) mają swoje „żaby”, którym przysparzają niemałej biedy. Nie mam tu zresztą bynajmniej na myśli muchomora, czy szatana, bo one same wszak żadnej doraźnej korzyści z otrutej przez siebie ofiary wyciągnąć już nie zdołają. Ale też te dobrze nam znane formy kapeluszowe, to tylko drobny odsetek ogólnej liczby 80 tysięcy gatunków wszystkich grzybów znanych obecnie na kuli ziemskiej. Ponieważ nie mają one ciałek zieleni i nie są zdolne do fotosyntezy, więc istnienie swe opierają na cudzożyw- ności, to znaczy wykorzystywaniu gotowych związków organicznych, zawartych w tkankach innych roślin i zwierząt. A skoro w takiej sytuacji nie ma się możności szybkiego pochwycenia i pożarcia zdobyczy na sposób drapieżnika, wówczas trzeba się uciec do innych sposobów zaspokajania głodu. Można na przykład żerować na szczątkach organizmów już martwych – tak właśnie, tzn. saprofitycznie, na butwiejących resztkach roślinnych, żyją m. in. grzyby kapeluszowe. Można też w obopólnie korzystnej, symbiotycznej współzależności związać się z innym żyjącym organizmem – przykładów takich dostarczają porosty. Można wreszcie przystosować się do pasożytowania. Do takich powszechnie znanych pasożytniczych grzybów należą huby i sporysz.

Renifer

Trzeba jeszcze dodać, że renifery tylko podczas lata mogą zbierać łatwo dostępny pokarm w postaci bujnej, zielonej roślinności tundry – zupełnie inaczej natomiast sprawa wygląda zimą. Wtedy spod grubej pokrywy śniegu skąpą żywność, złożoną przeważnie z porostów, zwierzęta te muszą wydobywać wprost pyskiem spod rozgrzebanego racicami śniegu. W tym więc również kryje się groźba dotkliwego odmrożenia nosa. Przypomnijmy, że wśród naszych zwierząt krajowych podobne owłosienie czubka nosa wykazują zające, które – jak wiadomo – zimą często ratują się wygrzebywaniem ozimin i resztek roślin spod śniegu. Wracając do reniferów, czyli jak je niektórzy zwą renów, nie było dotychczas mowy o ich wzroście. Nie jest on jednakowy dla wszystkich gatunków i odmian, ale waha się w. dość znacznych granicach, od wielkiego amerykańskiego gatunku – karibu, aż do wielkości kozy, której dorasta renifer karłowaty. Występujący na północy Europy renifer europejski, którego wysokość w kłębie wynosi 1,30 m, stanowi wyjściową formę renifera udomowionego. W stanie dzikim chętnie trzyma się okolic górzystych, gdzie latem chroni się na wysoko położone lodowce… Ciekawe jednak, że chroni się nie tylko przed dużymi drapieżnikami czy nawet przed człowiekiem, ile przed chmarami komarów i innych muchówek, które zatruwają mu życie w cieplejszych porach roku. Niektóre grupy reniferów, zwłaszcza tzw. leśnych, przedsiębiorą regularnie sezonowe, długie wędrówki w poszukiwaniu lepszych żerowisk. Takie wielkie stadazwierzyny stanowią oczywiście atrakcję dla wilków i innych drapieżników – mimo to jednak obserwatorzy podkreślają, że nie one są najstraszniejszymi ich dręczycielami na tundrze i w tajdze, ale właśnie owe roje krwiopijnych owadów, potrafiących dobrać się do skóry poprzez sierść, w lecie wszak przerzedzoną. Ludzie, którzy muszą na niektórych tamtych terenach przebywać, osłaniają się szczelnymi skafandrami, a twarze chronią maskami z gęstej siatki. Na Syberii ta owadzia plaga nosi nazwę gnus.